Plaża z iguaną

Plaża z iguaną

autorem artykułu jest Ewelina Kitlińska


Sporo ludzi, leżaków, bawiących się dzieci i miejscowych. Wydawać by się mogło, że o spokój na plaży będzie trudno. Tymczasem mimo że na amerykańskiej wyspie St. Thomas każda plaża jest oblegana przez turystów, nikt nikomu nie wchodzi w paradę, obsługa krząta się dyskretnie i nawet iguany nienachalnie żebrzą o jedzenie.



Pierwszy poranek w domku położonym w kompleksie na Sapphire Bay rozpoczął się spokojnie. Zanim ktokolwiek się obudził, wyszłam cicho, ubrana w kostium, z ręcznikiem i olejkiem do opalania. Zamierzałam popływać z rana, jeszcze przed poranną kawą. Do plaży było mniej niż sto metrów. Z okien domku widać było morze, a tuż przed nim mały staw z wysepką pośrodku, otoczony palmami i wysoką trawą. Urokliwy widok. Jak się potem okazało, mały skrawek lądu pośrodku był zamieszkany.



Córka młynarza

1306578-travel_picture-st_thomasPlaża o siódmej rano była pusta. Najbardziej lubię spacerować wzdłuż brzegu, kiedy bose stopy stąpają po piachu, a fale morza moczą nogi. Porzuciłam myśl o kąpieli wraz z ręcznikiem, olejkiem i butami i postanowiłam się przejść. Zwłaszcza że woda była jeszcze trochę chłodna. Przecież nie przyjechałam na Wyspy Dziewicze, żeby się kąpać w zimnym morzu. Plaża była spora, ale wąska. Można było nią przejść do kilku położonych obok siebie ośrodków wypoczynkowych. Tereny nad morzem na ogół należą do takich kompleksów lub są własnością prywatną. Na dziką plażę na Wyspach Dziewiczych raczej nie można liczyć. Są plaże publiczne, często płatne i nierzadko zaśmiecone.



Na naszej było czysto. Rosły na niej palmy i inne nieduże drzewa liściaste, które w czasie największego upału dawały schronienie w cieniu konarów. Z brzegu widać było na płyciźnie rafy. Na piachu leżało sporo korali. Kilkaset metrów dalej wcinał się w morze kamienisty cypel, na którego koniec prowadziła aleja wśród palm. Tam młode pary zwykły brać śluby. Nie jestem pewna, jak im się udawało tam wytrwać przez całą ceremonię, bo widać było po przechylających się liściach drzew, że jest tam niebywale wietrznie. Cypel osłaniał plażę Sapphire Bay od wiatru i nanoszonych przez wodę drobnych kamieni. Kamienisto-koralowa plaża rozciągała się tuż za nim. Można było na niej znaleźć również wielkie muszle, meduzy i rozgwiazdy wyrzucone przez fale. Dalej była niewielka przystań dla żaglówek, a w dali widać było marinę na Red Hook.



Kiedy wracałam, pojawili się pierwsi spragnieni słońca i wody turyści. Po odcieniu opalenizny widać było, że są tu już trochę czasu. Sama odznaczałam się na ich tle niezwykłą bielą skóry. Istna córka młynarza. Wróciłam na plażę przy naszym domku i natychmiast zjawiła się obok mnie starsza, wysportowana, szczupła i spalona słońcem kobieta. Okazało się, że pracuje na plaży, rozstawiając turystom leżaki, organizując im czas i pilnując, by nie kręcili się obcy. Dopiero kiedy zameldowałam, w którym domku mieszkam, mogłam pójść się wykąpać. Poranne pływanie w morzu jest tym, co powinnam robić codziennie. Niesamowicie odpręża i daje dobre samopoczucie na cały dzień.



Tragedia na drzewie

Wracając na śniadanie, usłyszałam dziwny dźwięk dochodzący z krzewów rosnących nad stawem. Przykuł moją uwagę i podeszłam bliżej. Zobaczyłam nastroszoną gadzinę. Prawdziwa iguana. Pobiegałam do domku po aparat. A kiedy wróciłam nad staw, okazało się, że jest ich więcej. Cała rodzina iguan. Jadły coś, co wyrzucili im z domków ludzie. Najwyraźniej wtargnęłam na ich teren, bo gdy zbytnio się zbliżyłam, ruszyły z sykiem, bojowo stawiając kolce na grzbiecie. Takie powolne, flegmatyczne zwierzę potrafi być bardzo zwinne, gdy się nieco poirytuje obecnością intruzów. Nie chciałam się przekonać, co rozzłoszczona iguana potrafi zrobić kilkadziesiąt razy większemu człowiekowi, i równie szybko się wycofałam.



Tego samego dnia spotkałam je również na plaży. Przechadzały się spokojnie wśród leżaków i turystów. Nie budziły lęku, ale żywe zainteresowanie. Nikogo nie straszyły tak jak mnie nad stawem. Widocznie wiedziały, że ten teren muszą dzielić z innymi. Przychodziły na plażę codziennie, licząc na łatwy łup. Turyści chętnie podrzucali kawałki jedzenia, żeby zwabić zwierzęta i zrobić im zdjęcia. Kiedy zaś iguany go nie dostawały, radziły sobie inaczej. Zauważyłam, że na jednym z drzew ptaki uwiły gniazdo i karmiły młode. Pisklęta kwiliły jedno przez drugie. Kilka dni później iguana weszła na to drzewo. Dotarła na gałąź, gdzie znajdowało się gniazdo. Piski ptaków ustały, a na dół spadło kilka gałązek i niedużych piórek. I tylko rodzice zjadanych piskląt zawodzili, skacząc po gałęziach i bezskutecznie usiłując dziobaniem odpędzić gada. Cała tragedia rozegrała się niemal niepostrzeżenie. Mnóstwo ludzi na plaży wylegiwało się na słońcu, moczyło w wodzie. Czytali książki, spali, słuchali muzyki, grali w piłkę. Zgiełk zagłuszył piski ptaków wołających o pomoc.



W południe na plaży było już tłoczno. Trudno w tak dużym towarzystwie liczyć na spokojny odpoczynek. Wrzawa na plaży trwa nieprzerwanie. Turyści na sąsiednich leżakach z uprzejmym uśmiechem odpowiadają kiwnięciem głowy, kiedy podniesie się głowę i rozejrzy dookoła. To amerykański miły i uśmiechnięty styl bycia. A jednak po jakimś czasie przekonujemy się, że tutaj nikt nikomu się nie narzuca. Każdy szanuje prawo innych do wypoczynku. Krzyków prawie nie ma, rozmowy prowadzi się przyciszonym głosem, nikt nikogo nie zaczepia i nie przeszkadza. Nikt nie przebiega obok leżaka, chlapiąc morską wodą po wynurzeniu się z kąpieli. Nie czuje się na sobie wzroku innych ludzi, każdy jest po prostu zajęty swoimi sprawami i daje się zrelaksować innym. To zachowanie jest tak różne od tego, z czym można spotkać się na plażach licznie odwiedzanych przez Europejczyków.



Kto miał dość leżenia na plaży, mógł zajść do baru na drinka albo lunch. W barach na ogół było równie tłoczno, ale ludzie również nie wchodzili sobie w drogę. Gdy plaże się zapełniają, przed hotelami jest pusto. Przed jednym z nich wisiały porozwieszane między drzewami hamaki. Przeważnie były wolne. Nie dziwiło mnie to, bo po kilkunastu minutach leżenia sznurki hamaka wbijały się w ciało i trzeba było zejść.



Naszą plażę odwiedzali niekiedy miejscowi. Pracownicy przymykali oko na ich towarzystwo. Goście często sprzedawali nielegalnie kopiowaną muzykę na płytach CD lub inny towar. Regularnie pojawiała się pani od plecenia warkoczyków. Przynosiła cały zestaw kolorowych tasiemek, koralików i paciorków, które wplatała we włosy. Dziewczynki na wakacjach chciały zmienić swój wygląd i upodobnić się do murzyńskich piękności i namawiały na warkoczyki również swoje matki.



Plaża opustoszała po południu. Kiedy przyszłam wieczorem popływać, w barach sączyła się senna muzyka, kilka osób siedziało i leniwie popijało drinki. Wszyscy ludzie, którzy za dnia wylegiwali się na plaży, poznikali w domkach lub wybrali się do barów w Red Hook. Tymczasem pracownicy zdążyli już poskładać leżaki i posprzątać po turystach. Wszystko było przygotowane na następny dzień plażowania. Dokładnie taki sam jak ten miniony.



Źródło: kafeteria.pl, kwiecień 2007





Ewelina Kitlińska, Podróżniczka

galerie zdjęć do tekstu na:

www.kitlinska.pl


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

hastagi na stronie:

#st thomas

Authors

Related posts

Top